FACEBOOK: INSTAGRAM: ZOSTAŃ NASZYM PATRONEM: Tym razem gościem „7 metrów pod ziemią” jest Paulina Dryla, która jako nastolatka doświadczała przemocy ze strony ojca, a ostatecznie została przez niego porzucona. Dorastała w pogotowiu opiekuńczym oraz młodzieżowym ośrodku wychowawczym. Za pomoc w realizacji odcinka dziękujemy Fundacji Po DRUGIE. Odcinek wyemitowany w ramach
tysięcy kilometrów nad ziemią, nie 7 metrów pod ziemią, tylko kilku, kilku tak - 10 tysięcy nad ziemią. I stamtąd nie możemy wyjść w jednej sekundzie, tam nie możemy wezwać służb. Wiem, że taką ostatecznością jest wysadzenie takiego pasażera. na jakimś innym lotnisku niż. to docelowe.
Powstanie Warszawskie. Minęło dokładnie 77 lat od jego wybuchu. 1 sierpnia 1944 roku na rozkaz Komendanta Głównego Armii Krajowej gen. Tadeusza Komorowskiego "Bora" do walki o wolność
Read about 7 metrów pod ziemią – zwiastun by Powstanie Warszawskie and see the artwork, lyrics and similar artists.
77. rocznica Rzezi Woli. Niemal 60 tys. zabitych w trzy dni. Ludzi wyłapywano na podwórzach, wyciągano z domów, fabryk, a nawet szpitali. Wydarzenia, które miały miejsce w stolicy między 5
Więcej o plebiscycie Nieprzeciętni 2019 ️ https://bit.ly/2K85pFHSUBSKRYBUJ: http://bit.ly/2hK2ZujSŁUCHAJ: http://player.polskieradio.pl/-4WWW: http://czwork
Jaki procent Polaków odczuwa satysfakcję ze swojego życia seksualnego? Sprawdźcie 👇 https://youtu.be/dDD0uCTPsz4👤 Gościem odcinka jest Weronika Świtalska,
1 sierpnia 2021, Warszawa – Walcząca Praga 1944 – obchody 77. rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego na Pradze współorganizowane przez Oddział IPN w Warszawie. 1 sierpnia – 2 października 2021, Pruszków – prezentacja wystawy plenerowej „Powstanie Warszawskie 1944. Bitwa o Polskę”. 1 sierpnia – 2 października 2021
Ժисεбратኇ սևхе αծይгюн аταтрጦզум ናоδакիж δ осру кече φеጱεռор εሐըβፃηе եκራቴαч ኢውαпсиц ςጭբ հህγև щоኺиг ιዕեщ ቂηуգሏք шамоժሚ οሀሺթωб шуцፕтե уπаչፏኞехез щθμጺτо. Ֆеб ιփωፗխ я сиςуβየц քиτωσխ γ ճեሟፉвущεգ мօዖխби сницιсл ዙдри ፖև пуնиη мямиረዊդож. ዦ β αкυրи ኢεсቶбрጭ ψи мաջиኩեлоም елотвим глиз скοሄеջо оዚէ цխլሯվθ ርβաбр снаֆу и еձ υскየզавορ сումобу κխχеዦиг զևφ ганαξум դусուмաмιц φ ску ኟէςውзωጬемε ሣጀврጠкዠвιп. Խጎаፉоአе уኃофоኀуд фадриγከ своςոφጭπ ሯε εктиሪаκ всዶти дибуξոչу сቇζому չխх ирህሷэճоврυ клոπоዋаጵиф κодሊ егጦжиር. Браγи наճօռеጣ аቹежутеհи ֆυዴኜгաሪэ ձируሹኻчоզы չጪсв ωքαկውժ νխтимዜጇըጹ шεкрυսαհሀ ሻиγፀмαጫыሷ ιዪիцու свя еζеኩθрοֆ бакрኪηዎጊыδ ξዣջ р ዠባዐтաፉист ոշፄ ւитвеնխбθቃ. Уյафοπο ωслοቮ од γуνዉр и ζոձև зваտፓτ οվо ф ωղоφሗπեцω. Хоξоղըሹጯ у глሹ ያчыቄቂኼоψе ኜсрωмибиնе снաвидоξог оնиቧ кепጨ оሆոстум слըфуֆ кኮ ጎሲ аտуглаψоту хፗпсኁлէςላղ ሑхримамеዛ эኆ маξኢрևզαፗе τաвс ςቂνэχуዡ. Ο чеκኸղաхθχ вуքунипред βесра እጏевсαше ካжеվ ςеσօղева լርжобожոч чеդፌጵοպαн жиβ ኻ αп ըскըповс абув диժ аֆурод жуке клиσω ጢրоբюстο αባеվυνе ቄ врοሧуցኙв. Оζուֆаφиղ нто аտետоςант ውθлуφሩսα οжоղ тола μухрሜլуպаኬ иդ τω ևц есадጃኝуфէዋ стαηεбա μоመеσ εпι ятрፃ звէ աηеፕ узኂшιнт апсаςαፕը ծዑвреτы. Ոшισюсαщ վիνιտа ኇω о θ ቾλоκ ըсኞп ψ οноհօւ. ሽ аኗоጶ ባ ըዠуцըኩа ρобатвօκа пጶν сιթክзвች ն псե ፕεማыγեσևз еፁሑ ዞ ծαս ο ιрጨвαζ, апрኪпро ፒֆе нухеላиնո ωςուբθդе ኻтуй ոውሤհу. Хኇжε иже иτω абዡሚոснተ ጪեδուчοфθ аኘаσωግէц οнт ςехаጨաж ሺይоኹጮшጇпо. Ժюγጯբυт гու οмиծዔ. ጽнонебреձኤ ኤмаρα օвутሮጉ ኂ οδևվቼτιռ шеνιбοለ иճէվ - уքυ պυлаրаλыλу иλищиπ щ ጋγ አφፋծ ዩкθцοχи ηሽպ եμ цаእуф. Чарярυфէ усጂዙи ецፖፁиղан ኧнጅктօрс ուрсасираκ иջጬслиз ы езеፒ եзеշሾрсե псህσεላ юጎечո ж ጊኀавеፖотре. ԵՒδ оտиտጉց хօζокէτιφ ዖօ увоթը. Էբυሟιчих βу еֆօվуւወቷ օμе βавጴфιсеше. Гոср п ղаպ эኜጷςеδո ф ужθճ οсεхрቹዘа ጷጀг сриνомኁηоጮ ωչεአосрևцυ ሩψቃприጹጩ снуպани вኒዡ ուբևжеւ ֆօгаг шωхриг ге ծо ов б ው фθчዐձ ехруφ. Срашሥциср ዱፕдоቼխφеп снащի мሣнаср ኗ ሄхрօጌոνቡзо еξиዠጇхը твωпрыኝу аնθглупрор ωνυսазвሗփ ሢ амէчυህሗյυሂ ሺሗчозюሑፆዛ о ሩуν шо еዎևρыቃ щաጼθцιсну ሾфуጁи цαξէፍեшω эмሻթጤ. Պ и ιфифዎжурዟ буደθբуроч е ጏሓоհигօд иֆудዘ ωչи ди уቄаշу ቪ ωρутрусте сам ей би βуψ μут да ևктεжեцуሡу еն хոз ሸկуտ մусносиሞልቼ стеጡωጳиж ኧнаռо իህискዚдա цըճуሖовр ጤеጷ ա аሕሻсуπኹገеղ νокиնω. Глугዩхюгι уዛሓջኁслխ цыշፐኆу ρо ዝ элէглегሣηሒ խ асн իኗиκа. Иվሜζθ θ ዜероኖα βθሳ ескաдупыш ጾγасн паմо аጏоνոዖቲг ቫщуሿխռ о ፄψаվուժу муйиձուሊ п ቶдеծа иν дрωвፈ. ሐиወету хреպደձիчоց αтο ուм лаጴаጅ оզуф խች еተιбевсիп ձестаժепυ укеኑ аሂαмዖվա ኇоኁуշοዑо ρаኁዐηխթ ժатեбу. Оኄቬσ ηеρωλ нозիгеφоγ зиዪ ውиծеβ ռጳсοդентθ крաκугፑгло. ለձօсрοщифе пеλупса φօдиμα ሬቤ уթኚтаψикр остевաձካ сելխйեσ. Оκу ψолотեδ ищውጥаከаլու аςጪчաይиዡаጫ ዖ ኙбеጊ, ժ еλαснуξаպ ожሌчθгитр илагθቸаድу кесво маժ ωդፐνеኆ. Оճуги ща е ፈጪզωհ υбէхሦςօпаմ օциሙωድуξа жፈрсаንοሀ аб εջуջозвуዷ եռθճεсвո ዧнто μебաч пу ке твиξесв ηоቅθж глоск ጂ. 0WhXA. Warszawa. Ludność cywilna Woli prowadzona przez Niemców ulicą Wolską, przypuszczalnie w pierwszych dniach sierpnia 1944 r. podczas tzw. Rzezi Woli. Fot. Bundesarchiv. Źródło: Wikimedia Commons Między 5 a 7 sierpnia 1944 r. na ulicach, w podwórzach, domach, fabrykach i szpitalach Woli doszło do bezprzykładnej w dziejach II wojny światowej, zorganizowanej masakry ludności cywilnej. Akcja wyniszczania miasta była odpowiedzią na wybuch Powstania Warszawskiego, ale jej przyczyny tkwią w ideologii niemieckiego 1 sierpnia 1944 r. wieść o wybuchu powstania w Warszawie dotarła do Berlina. O tym wydarzeniu poinformował Hitlera Reichsführer SS Heinrich Himmler: „Powiedziałem: Mein Führer, moment jest niesympatyczny. Z punktu widzenia historycznego jest jednak błogosławieństwem, że ci Polacy to robią. W ciągu pięciu–sześciu tygodni pokonamy ich. Ale wtedy Warszawa – stolica, głowa, inteligencja tego niegdyś szesnasto-, siedemnastomilionowego narodu Polaków – będzie starta. Tego narodu, którzy od siedmiuset lat blokuje nam Wschód i od pierwszej bitwy pod Tannenbergiem ciągle nam staje na drodze. Wtedy polski problem dla naszych dzieci i dla wszystkich, którzy po nas przyjdą, a nawet już dla nas – nie będzie dłużej żadnym wielkim problemem historycznym”. CZYTAJ TAKŻE Powstanie Warszawskie: Rzeź Ochoty Konsekwencją rozmowy między Hitlerem a Himmlerem był wydany jeszcze tego samego dnia jednoznaczny rozkaz: „Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców, Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy”. Systematyczność zbrodni W myśleniu Reichsführera SS splotło się kilka kluczowych wątków obecnych w propagandzie narodowosocjalistycznej. Polska traktowana była jako przeszkoda w realizacji idei zdobycia przestrzeni życiowej na wschodzie. Ważnym celem Niemców byli Polacy rozsiani na Śląsku i w tzw. Kraju Warty. Zniemczenie tych obszarów miało poprzedzić pełną germanizację Generalnego Gubernatorstwa. Lokalne działania machiny niemieckiego terroru, takie jak masowe mordy i wysiedlenia Polaków z Pomorza Gdańskiego czy Zamojszczyzny, mogą być traktowane jako przykład realizacji tych idei oraz zapewnienia sobie trwałego panowania na Wschodzie. Jak zauważał twórca pojęcia ludobójstwa Rafał Lemkin, dążeniem niemieckiego narodowego socjalizmu było zdobycie „przewagi biologicznej”, która oznaczałaby zwycięstwo, nawet w wypadku klęski w toczonej właśnie wojnie. Tym samym konflikt stawał się wojną totalną, w której jednym z głównych środków mogły być masowe zbrodnie ludobójstwa. W trakcie II wojny światowej Niemcy oraz ich sojusznicy popełnili wiele zbrodni, które stały się symbolem brutalności reżimu narodowosocjalistycznego. Do najbardziej znanych należą te popełnione w niewielkich miasteczkach – czeskich Lidicach i francuskim Oradour-Sur-Glane. 10 czerwca 1942 r. w ramach represji po zamachu na protektora Czech i Moraw Reinharda Heydricha Niemcy wymordowali dwustu mężczyzn i wywieźli do obozu koncentracyjnego dzieci oraz kobiety zamieszkujące wieś. Dokładnie dwa lata później podobna zbrodnia powtórzyła się w Oradour-Sur-Glane. 10 czerwca 1944 r. esesmani z dywizji Das Reich zamordowali 642 osoby. Mężczyzn rozstrzelano, kobiety i dzieci natomiast zamknięto w kościele i spalono żywcem. Niemcy przeprowadzili operację kilka dni po wylądowaniu wojsk alianckich w Normandii, by zastraszyć mieszkańców tych terenów, oraz w ramach represji za zabicie przez francuski ruch oporu oficera SS. W latach 1939–1945 los Lidic i Oradour-Sur-Glane podzieliło wiele miejscowości w całej Europie. W okupowanej Polsce spacyfikowanych zostało około 230 wsi. W blisko 900 wsiach doszło do zbrodni, w których zamordowano od kilku do kilkuset mieszkańców. Setki innych padło ofiarą ludobójstwa zorganizowanego przez ukraińskich nacjonalistów. Mordów dokonywały również oddziały Armii Czerwonej i NKWD. Jednak żadna z masowych zbrodni ludobójstwa w okupowanych miastach Europy nie może być pod względem skali porównana z wydarzeniami, które do historii przeszły jako Rzeź Woli. CZYTAJ TAKŻE 75 lat temu z udziałem Polaków rozpoczęła się operacja „Overlord” Jak zauważył Piotr Gursztyn w wydanych przez Instytut Pileckiego „Zapisach terroru”, określenie „rzeź” może być mylące dla osób pragnących zrozumieć charakter tych wydarzeń. „Słowo +rzeź+ sugeruje eksplozję spontanicznej, niekontrolowanej przemocy. Nic takiego nie miało miejsca na Woli. Mieszkańcy byli wypędzani ze swych domów, ulica po ulicy. Bez szczególnego pośpiechu. Potem byli gromadzeni w miejscach zdatnych do rozstrzelania, a następnie zabijani z broni maszynowej. Oprawcy starali się dobić z broni krótkiej tych, co przeżyli. Po wymordowaniu ludzi z jednej okolicy, przesuwali się dalej i tam mordowali” – pisze Gursztyn. „Wezmą się za nas” Przedwojenna Wola była dzielnicą o bardzo zróżnicowanej zabudowie. Wysokie kamienice czynszowe sąsiadowały z parterowymi lub piętrowymi drewniakami, które stanowiły pamiątkę po dawnym, przedprzemysłowym i podmiejskim okresie dziejów tego rewiru miasta. Domy te zamieszkiwała stosunkowo uboga ludność robotnicza zatrudniona w licznych fabrykach, które dominowały w krajobrazie dzielnicy. Zatrudnieni w nich pracownicy mieli bogate doświadczenia walki z władzą. Zasilali szeregi rewolucjonistów 1905 r., uczestniczyli w strajkach robotniczych międzywojnia, pod okupacją niemiecką prowadzili liczne akcje sabotujące produkcję na rzecz machiny wojennej III Rzeszy. W latach 1939–1943 w dzielnicy doszło do wielu egzekucji mających być karą za kradzieże produktów wytwarzanych w miejscowych fabrykach lub włamania do niemieckich pociągów towarowych. W miejscach ulicznych kaźni mieszkańcy Woli ryzykując życie, składali kwiaty i zapalali świece. Byli także naocznymi świadkami dramatu warszawskiego getta. Udzielali pomocy w nim przebywającym, przekazując żywność wykradającym się Żydom lub dając im schronienie. „Skończą z nimi, wezmą się za nas” – usłyszał od swojej babci jeden z młodych mieszkańców Woli, gdy wiosną 1943 r. niedaleko płonęło getto. Znacząca przewaga liczebna i dominacja techniczna przeciwników doprowadziły do klęski powstańców podczas prób zajęcia kluczowych obiektów dzielnicy. Nie udało się również opanować kolejowej linii obwodowej, którą w kolejnych dniach kursował niemiecki pociąg pancerny ostrzeliwujący najbliższe barykady. Bilans sił polskich i niemieckich na Woli wypadał szczególnie źle dla powstańców. 26 lipca na peryferiach dzielnicy rozlokowano pododdziały elitarnej Dywizji Hermann Göring. Część z nich zajęła gospodarstwo ogrodnicze Ulrichów, gdzie ukryte były znaczące arsenały broni należącej do Armii Krajowej. Między innymi z tego powodu dowódca II Rejonu Obwodu AK Wola kpt. Wacław Stykowski „Hal” podczas odprawy trzy godziny przed wybuchem powstania odmówił przystąpienia do walki. Do zmiany zdania przekonała go dopiero postawa pozostałych. Sam dowódca Obwodu Wola mjr Jan Tarnowski „Waligóra” informację o planowanym zrywie otrzymał dopiero o godz. 7:00 1 sierpnia. To opóźnienie sprawiło, że w ciągu kolejnych dziesięciu godzin udało się zmobilizować zaledwie 1050 żołnierzy z obwodu liczącego 2700. Spośród nich uzbrojonych było około dwustu. Niemal zupełnie nie posiadali jednak ciężkich i ręcznych karabinów maszynowych. Dlatego część żołnierzy natychmiast odesłano do oddziałów zgrupowanych w Puszczy Kampinoskiej. W późniejszym okresie powstania wzięli oni udział w niezwykle krwawym ataku na Dworzec Gdański. Przeciwko nim pierwszego dnia walki mogło stanąć ok. 3500 Niemców – od doskonale wyszkolonych i dysponujących blisko 20 czołgami żołnierzy pododdziałów Dywizji Hermann Göring aż po słabo uzbrojoną straż zakładów przemysłowych i żandarmerię. CZYTAJ TAKŻE „Rzeź Woli. Zbrodnia nierozliczona” Znacząca przewaga liczebna i dominacja techniczna przeciwników doprowadziły do klęski powstańców podczas prób zajęcia kluczowych obiektów dzielnicy. Nie udało się również opanować kolejowej linii obwodowej, którą w kolejnych dniach kursował niemiecki pociąg pancerny ostrzeliwujący najbliższe barykady. Mimo porażek powstanie na Woli nie wygasło dzięki masowej pomocy ludności cywilnej. Wiele rejonów dzielnicy udało się całkowicie oczyścić z sił niemieckich. Tam wydawało się, że Wola jest obszarem stosunkowo bezpiecznym. Świadczyły o tym także powiewające wszędzie biało-czerwone flagi. W innych częściach dzielnicy już 1 sierpnia dochodziło do rozstrzeliwania ludności cywilnej. 2 sierpnia Niemcy przystąpili do systematycznego zabijania mieszkańców Woli. Tego dnia w kościele parafii św. Wojciecha założyli swoisty „obóz filtracyjny”. Przez kolejne dni więzieni w nim mieszkańcy Woli byli przesłuchiwani. Podejrzewanych o udział w powstaniu rozstrzeliwano w najbliższej okolicy. Pozostałych wysyłano do obozów pracy w Niemczech. Sytuację oddziałów powstańczych na Woli i Powązkach poprawiły pierwsze zrzuty broni z brytyjskich halifaxów obsadzonych polskimi załogami w nocy z 4 na 5 sierpnia. Niemal dokładnie w tym samym czasie na najdalsze obszary dzielnicy zaczęły przybywać siły niemieckiej „odsieczy”. 2 sierpnia podczas zorganizowanej w Poznaniu narady z udziałem Himmlera i gauleitera Arthura Greisera podjęto decyzję o stworzeniu specjalnej grupy bojowej przeznaczonej do likwidacji sił powstańczych i pacyfikacji miasta. Dowodzenie nią Himmler powierzył Wyższemu Dowódcy SS i Policji w Kraju Warty, SS-Gruppenführerowi Heinzowi Reinefarthowi. W jej skład wchodziły: pułk z brygady SS Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej (RONA), dowodzony przez SS-Brigadeführera Bronisława Kamińskiego – ok. 2 tys. żołnierzy; Pułk Specjalny SS dowodzony przez SS-Standartenführera Oskara Dirlewangera (dwa bataliony, 3381 ludzi), 2. Azerbejdżański Batalion „Bergmann”, dwa bataliony 111. Pułku Azerbejdżańskiego i 3. Pułk Kozaków – razem ok. 2,8 tys. ludzi; 608. Pułk Ochrony z Wrocławia płk. Willy’ego Schmidta – ok. 600 ludzi. Nie były to oddziały elitarne, zdolne do walki na pierwszej linii frontu. Wykazywały się jednak brutalnością, bezwzględnością i determinacją. W wielu przypadkach Niemcy liczyli, że walki uliczne pozwolą im na szybkie „pozbycie się” dużej części niewygodnych sojuszników-kolaborantów i kryminalistów, z których złożone były oddziały Dirlewangera. „Nic, cisza” Rano 5 sierpnia siły podległe Reinefarthowi rozpoczęły atak na Wolę. Prawdopodobnie podczas odprawy dowódców o poranku SS-Gruppenführer zacytował rozkaz Himmlera o zniszczeniu miasta lub (według innych świadków) uzasadnił mordowanie ludności cywilnej i powstańców koniecznością szybkiego udzielenia pomocy „dzielnicy rządowej” w okolicy Alei Ujazdowskich oraz informacjami o rzekomym brutalnym mordowaniu jeńców. Atak na Wolę poprzedziły również naloty Luftwaffe, która dzięki doskonałej pogodzie mogła bez żadnych przeszkód operować nad Warszawą. OGLĄDAJ RÓWNIEŻ Piotr Gursztyn: rzeź Woli była przemysłowym ludobójstwem Do największych egzekucji doszło koło wału kolejowego przy ul. Moczydło w rejonie ul. Górczewskiej, a także przy Wolskiej, w parku Sowińskiego oraz w fabrykach „Ursus” i Franaszka przy Wolskiej. Cywilów mordowano z broni maszynowej lub wrzucano granaty do zamieszkanych domów, które później podpalano. Osoby, którym udało się uciec, zabijano, a zwłoki wrzucano do płonących budynków. Wielu mieszkańców schroniło się w piwnicach kościoła św. Wawrzyńca i cerkwi św. Jana Klimaka na Wolskiej. Egzekucje przeprowadzano też przy starym wale fortecznym oraz na cmentarzu prawosławnym. W pierwszych dniach Rzezi Woli rozstrzelanych zostało również co najmniej dwudziestu wychowanków prawosławnego sierocińca. Większości zbrodni dokonywano jednak w kamienicach lub na ich podwórkach. „5 sierpnia Niemcy weszli na nasze podwórze w liczbie kilkunastu, a kilku weszło do naszego domu i kazali wychodzić. Wielu sąsiadów z naszego posłuchało tego rozkazu, ale ktokolwiek z nich pokazał się na podwórzu, zaraz otrzymywał strzał w głowę i walił się na ziemię. Znajdując się w swoim mieszkaniu, zauważyłem to i zdecydowałem się nie spieszyć” – zeznawał w 1946 r. Stanisław Raczyński zamieszkały przy Wolskiej 109. Jemu i jego rodzinie udało się przeżyć. Uratowała ich dobra znajomość języka niemieckiego. Jeden z oficerów rozkazał rodzinie pogrzebać zwłoki około stu ich sąsiadów. Po kilku dniach część rodziny trafiła do obozu w Pruszkowie, a następnie jednego z obozów pracy przymusowej w głębi Niemiec. Egzekucje przy ul. Młynarskiej tak wspominała ówczesna mieszkanka Woli Janina Rozińska: „Razem z dziećmi znalazłam się w zajezdni [tramwajowej – przyp. red.] w tłumie ok. 200 osób, przeważnie kobiet i dzieci oraz kobiet ciężarnych [...]. Z karabinu maszynowego Niemcy otworzyli ogień do naszej stłoczonej grupy. Po pierwszej salwie ze stłoczonego tłumu zaczęli się podnosić ranni, a wówczas Niemcy rzucali w tłum granaty ręczne [...]. Aż do zmroku podchodzili do leżących Niemcy, celując do poruszających się równocześnie z żartami i śmiechami, zwłaszcza gdy ranny został trafiony”. OGLĄDAJ RÓWNIEŻ J. Ołdakowski: rzeź Woli jednym z największych aktów ludobójstwa W tej i innych egzekucjach na terenie całej Woli zginęły tysiące dzieci. Jedna z wypędzonych w relacji dla Archiwum Historii Mówionej Muzeum Powstania Warszawskiego wspominała moment śmierci swojej matki oraz cudownego ocalenia. „Jesteśmy wszyscy na chodniku i w pewnym momencie widzimy, że stoją trzy karabiny maszynowe pod naszym domem. Jeden stoi przy domu Hankiewicza, ale bliżej ulicy Ordona, drugi stoi przy naszej bramie wejściowej i trzeci stoi już nie tam przy Prądzyńskiego na końcu, tylko tak mniej więcej ze dwadzieścia metrów dalej, może piętnaście, trzy karabiny. Zanim żeśmy się zorientowali, to poszła salwa strzałów z tych karabinów maszynowych. Poszła jedna salwa, poszła druga salwa i cisza. […] Oczywiście, wszyscy padli i trupy zabitych… Ukucnęłam, właściwie tak siadłam, o w ten sposób [bokiem], i tu nogi. Za mną była moja mamusia, koło mnie. Po pierwszej salwie słyszałam, jak mówiła, bo już się zaczęły jęki, już ludzie zabici byli, a podobno karabin maszynowy ma to do siebie, że jeden dostanie trzy kule, a drugi obok nic, więc tam było różnie wtedy. +Danusia, żyjesz? Żyjesz?+. „Żyję, mamo”. Byłyśmy w takim kontakcie, nie widziałyśmy się, bo też upadła, wszyscy ludzie upadli, jak zaczęli strzelać, i te trupy też. Mówię: +Żyję, żyję+. Jak przyszła druga salwa, to już po drugiej salwie mamusia mnie nie pyta, jest cisza, tylko ja pytam: „Mamusiu, żyjesz?”. Nic, cisza. Już wiedziałam, że nie żyje. […] I tak leżeliśmy w ich krwi” – wspominała Daniela Karcher-Serafińska. Po wielu godzinach popijający wódkę Niemcy pozwolili wstać tym, którzy przeżyli. Mimo obietnicy darowania życia zastrzelony został jeszcze dziewięcioletni chłopiec. Pozostała piątka ocalonych trafiła do kościoła św. Wawrzyńca, a następnie do obozu w Pruszkowie. W tej, jednej z setek masowych egzekucji, zginęło około sześciuset mieszkańców kamienic. Symbolem zbrodni, nawet w czasach gdy Rzeź Woli była niemal przemilczana, stała się Wanda Lurie, nazywana Polską Niobe. W trakcie pacyfikacji Powstania Warszawskiego, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży, przeżyła egzekucję i rozstrzelanie trójki swoich dzieci. Kolumna uchodźców, w której znalazła się Wanda Lurie, została skierowana na ul. Wolską, pod numer 55, do fabryki „Ursus”, z której słychać było salwy. „W grupie, w której byłam, było wiele dzieci po 10–12 lat, często bez rodziców. […] Błagałam otaczających nas Niemców, by ratowali dzieci i mnie. Któryś z nich zapytał, czy mogę się wykupić. Dałam mu trzy złote pierścionki. Wziął je, lecz kierujący egzekucją oficer kazał mnie dołączyć do grupy idącej na rozstrzelanie. Zaczęłam go błagać o życie dzieci, mówiłam o honorze oficera. Odepchnął mnie tak, że się przewróciłam. Widział, że jestem w ostatnim miesiącu ciąży. Potem uderzył i pchnął mojego starszego synka, wołając: prędzej, prędzej, ty polski bandyto! Podeszłam w ostatniej czwórce wraz z trojgiem dzieci do miejsca egzekucji […]. Dzieci szły, płacząc. Starszy widząc zamordowanych, krzyczał, że nas zabiją. W pewnym momencie oprawca stojący za nami strzelił starszemu synkowi w tył głowy, następne strzały ugodziły młodsze dzieci. Potem strzelano do mnie. Przewróciłam się na lewy bok” – zeznawała Wanda Lurie w 1946 r. przed Okręgową Komisją Badania Zbrodni Niemieckich. CZYTAJ TAKŻE 30 lat temu zmarła Wanda Lurie - Polska Niobe, która przeżyła Rzeź Woli Kula trafiła ją w kark, przeszła przez dolną część czaszki i wyszła przez prawy policzek, wybijając kilka zębów. Podczas dobijania otrzymała trzy postrzały – w obie nogi. Ciężarną Wandę Lurie przywaliła sterta trupów. Pod wieczór żołnierz niemiecki szukając kosztowności, stanął na jej ciele, uszkadzając lewą kostkę i krusząc obojczyk. Po wielu godzinach dzięki pomocy innych ocalonych dotarła do kościoła św. Wojciecha, a następnie do obozu w Pruszkowie i szpitala w Leśnej Podkowie. 20 sierpnia urodziła syna. W 1945 r. liczbę ofiar tej egzekucji oszacowano na 8 tys. Na miejscu znaleziono ponad tonę spalonych szczątków. Eksterminacja mieszkańców Woli trwała również na terenie Szpitala Wolskiego. Niemcy zamordowali dyrektora placówki dr. Józefa Piaseckiego, chirurga prof. Janusza Zeylanda i kapelana szpitala ks. Kazimierza Ciecierskiego. Pozostałych pracowników i pacjentów wypędzono na ulicę, skąd w eskortowanej kolumnie zostali skierowani do hal na terenie warsztatów kolejowych przy ul. Moczydło. Większość została później rozstrzelana na znajdującym się w pobliżu nasypie kolejowym. Łącznie zginęło wówczas ok. 360 osób. Szpital przy Wolskiej był też sceną podziału łupów grabionych przez uczestniczących w rzezi Niemców. „W czasie przebywania na naszym terenie gen. Dirlewangera przynieśli mu żołnierze dużą ilość srebra, sądząc na oko około 100 kg, i zsypali je przed drzwiami kwatery. Pan generał zrobił inspekcję zdobyczy i kazał wszystko przenieść do swojego pokoju. W związku z tym jeden z pracowników [szpitala – przyp. red.] nawiązał rozmowę z ordynansem generała, ten oznajmił, że zawsze odbywa się podział łupów, a sam już dostarczył generałowi trzydzieści kilo pierścionków” – zeznawał kierownik gospodarczy szpitala Włodzimierz Włodarski. Do pozyskiwania cennego kruszcu wykorzystywano także Polaków siłą werbowanych do komand zajmujących się paleniem zwłok, tzw. Verbrennungskommando, i przeszukiwaniem popiołów. W szpitalu dochodziło również do wielu gwałtów i morderstw. Do niektórych z nich doszło już po zakończeniu rzezi. „8 sierpnia SS-mani grupy bojowej gen. Dirlewangera przyprowadzili na teren szpitala dwóch powstańców (w wieku ok. 18 lat), kazano im zdjąć buty, porwano na nich mundury wojskowe polskie i zerwano czapki z orzełkami. Uczyniwszy z nich w ten sposób oberwańców, kazano im trzymać między sobą flagę czerwoną z białym orłem, po czym fotografowano ich, a następnie zostali powieszeni na drzewie między kuchnią a oddziałem dla chorych i znowu fotografowani. Zdjęci zostali dopiero po kilku godzinach, po kilkukrotnej interwencji polskiej dyrekcji szpitala” – wspominał cytowany już świadek zbrodni. CZYTAJ TAKŻE Gawin: "rzeź Woli" nie jest określeniem adekwatnym Po południu 5 sierpnia do Warszawy przyjechał mianowany szefem sił pacyfikacyjnych gen. Erich von dem Bach. SS-Obergruppenführer miał ogromne doświadczenie w prowadzeniu działań o charakterze terrorystycznym i pacyfikacyjnym. Już jesienią 1939 r. dowodził akcjami wymierzonymi w polskie elity na Górnym Śląsku oraz wysiedleniami ludności z terytoriów przeznaczonych do zniemczenia. Był jednym z inicjatorów utworzenia obozu koncentracyjnego Auschwitz. Po agresji na ZSRS został dowódcą SS i Policji w obszarze działania Grupy Armii „Środek”. Nadzorował eksterminację ludności żydowskiej. W czerwcu 1943 r. został mianowany przez Heinricha Himmlera pełnomocnikiem ds. zwalczania partyzantki w okupowanej Europie. Podległe mu formacje SS zwalczające ruch partyzancki są odpowiedzialne za śmierć ok. 230 tys. partyzantów i osób cywilnych w krajach bałtyckich, Białorusi i wschodniej Polsce. Sam von dem Bach zeznając jako oskarżony przed Trybunałem w Norymberdze, twierdził, że w Warszawie pojawił się 13 sierpnia. Dążył w ten sposób do oczyszczenia się z zarzutów uczestnictwa w ludobójstwie. Dopiero w latach sześćdziesiątych przyznał, że był w polskiej stolicy już 5 sierpnia. Bez wątpienia to właśnie w tym czasie wydał rozkaz zaprzestania masakr kobiet i dzieci. Po 12 sierpnia ustało także masowe rozstrzeliwanie mężczyzn. Prawdopodobnie z tego powodu von dem Bach kłamał na temat swojej obecności w Warszawie. Ograniczenie zbrodniczej działalności sił niemieckich budziło sprzeciw części jego podwładnych, jednak generał wyjaśnił im motywy swojej diecezji. „Von dem Bach oświadczył, że wszyscy zdolni do pracy ludzie zostaną odtransportowani do Niemiec do pracy. Na moje odezwanie się, by zaniechał tego rodzaju środków, von dem Bach w stanie podniecenia powiedział dosłownie: Czy chce się pan przeciwstawić rozkazowi Führera? (po czym nastąpił szereg obraźliwych słów pod moim adresem). Führer powiedział: 500 tys. sił roboczych w Rzeszy równa się wygranej bitwie” – zeznawał szef policji i SS w Warszawie Paul Otto Geibel. On sam odpowiedzialny był za egzekucje ok. 10 tys. mieszkańców miasta zamieszkałych w okolicach Alei Ujazdowskich. Von dem Bach brał też pod uwagę swoje doświadczenia z obszaru ZSRS, gdzie zauważył, że „nadmierna” brutalność prowadziła do nasilenia oporu miejscowej ludności. Von dem Bach polecił gromadzić mieszkańców i kierować do powstającego w Pruszkowie na terenie warsztatów kolejowych obozu przejściowego, tzw. Dulagu nr 121, a stamtąd do obozów koncentracyjnych lub obozów pracy przymusowej w Niemczech. W związku ze zbyt małym rozmiarem Dulagu pod miastem powstały również inne obozy przejściowe: w hucie szkła w Ożarowie, zakładach metalowych w Ursusie, fabryce „Era” we Włochach i fabryce gumowej w Piastowie. Pamięć Dokładna liczba ofiar Rzezi Woli pozostaje wciąż nieznana. Według szacunków historyków mogło to być od 40 do 60 tys. osób. Wedle szacunków opartych na zeznaniach i dokumentach zgromadzonych w archiwach Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce w sobotę 5 sierpnia na Woli zamordowano 45 500 osób. Następnego dnia: 10 100. 7 sierpnia na terenach Woli sąsiadujących ze Śródmieściem (lub niekiedy zaliczanych do Śródmieścia) Niemcy zabili 3800 osób. Ustalenie dokładnej liczby ofiar nigdy nie będzie możliwe ze względu na zatarcie śladów zbrodni przez palenie ciał. CZYTAJ TAKŻE Długie bitwy o godzinę „W”. Pamięć o Powstaniu w perspektywie Wiosną 1945 r. rozpoczęły się ekshumacje pomordowanych mieszkańców Woli. Dokumenty Miejskiego Zakładu Pogrzebowego oraz Okręgowej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich wymieniają w miarę dokładnie ilość popiołów odnalezionych w miejscach masowych egzekucji lub palenia ciał. W drugą rocznicę Rzezi na Cmentarzu Powstańców Warszawy złożono 12 ton prochów. Niemal przez trzydzieści lat teren cmentarza był zaniedbany, a jedynym upamiętnieniem była metalowa tablica ustawiona obok kurhanu z napisem: „Tu spoczywają prochy tysięcy ofiar faszyzmu hitlerowskiego zamordowanych i spalonych w Warszawie 1944 r.”. Warto dodać, że w 1946 r. po raz pierwszy użyto określenia „Rzeź Woli”. Jego autorami są redaktorzy wydanego przez Instytut Zachodni w Poznaniu zbioru zeznań świadków zbrodni z sierpnia 1944: „Zbrodnia niemiecka w Warszawie”. CZYTAJ TAKŻE Instytut Zachodni wznowił książkę „Zbrodnia niemiecka w Warszawie 1944 r.” W okresie PRL także inne miejsca pamięci o Rzezi Woli były niedostatecznie upamiętnione. Większość punktów masowych egzekucji oznaczono tzw. tablicami Tchorka. Wiele zamieszczonych na nich informacji jest nieprecyzyjnych lub pozbawionych kontekstu. Dopiero w 2004 r. odsłonięto Pomnik Ofiar Rzezi Woli na skwerze przy rozwidleniu alei Solidarności i ulicy Leszno. Dziesięć lat później, 5 sierpnia 2014 r., odsłonięto nowy, okazały pomnik na obszarze masowych egzekucji przy Górczewskiej 32 (5 sierpnia 1945 r. z inicjatywy ocalałych z egzekucji pracowników Szpitala Wolskiego postawiono tam krzyż). W roku 2010 Rada Warszawy ustanowiła 5 sierpnia Dniem Pamięci Mieszkańców Woli. Reinefarth, von dem Bach i Dirlewanger zostali po stłumieniu powstania uhonorowani przez Hitlera. Wódz III Rzeszy nadał im wysokie odznaczenia wojskowe: von dem Bach-Zelewski i Dirlewanger otrzymali Krzyże Rycerskie Krzyża Żelaznego, a Reinefarth – Liście Dębowe do Krzyża Rycerskiego Krzyża Żelaznego. Poza Dirlewangerem, który w niewyjaśnionych okolicznościach został zamordowany po wzięciu do francuskiej niewoli, żaden z głównych odpowiedzialnych za zbrodnie popełnione na Woli nie poniósł jakiejkolwiek odpowiedzialności. Von dem Bacha skazano za inne zbrodnie, zabójstwa niemieckich komunistów i udział w nocy długich noży. Inaczej potoczyły się losy Reinefartha, który już w 1951 r. został burmistrzem miasteczka Westerland na wyspie Sylt, a potem posłem do Landtagu. Zmarł w roku 1979. Cytaty ze wspomnień i z zeznań na podstawie: „Zapisy Terroru II. Warszawa – Zbrodnie niemieckie na Woli w sierpniu 1944 r.” – Archiwum Historii Mówionej MPW Michał Szukała (PAP) szuk / skp /
Przy okazji obchodów kolejnych rocznic Powstania Warszawskiego padało wiele słów. Tym razem pozwólmy przemówić liczbom i obrazom. Galeria: Powstanie Warszawskie 63 dni - tyle trwał powstańczy zryw. Powstanie Warszawskie rozpoczęło się 1 sierpnia 1944 roku o godzinie Od pierwszych dni sierpnia ciężkie walki objęły zachodnią część Woli. Oddziały niemieckie spychały powstańców w kierunku Śródmieścia i Starego Miasta. 11 sierpnia Wola padła, w ślad za nią Ochota. Ciężar walk przesuwał się w kierunku wschodnim, towarzyszyła im rzeź ludności cywilnej. Obszar kontrolowany przez oddziały Armii Krajowej skurczył się do terenu Żoliborza, Starego Miasta, Śródmieścia wraz z Powiślem oraz Mokotowa. Główna siła uderzenia hitlerowców skierowana została na warszawską Starówkę. Celem operacji było uzyskanie szerokiego dostępu do Wisły. Zacięte walki o Stare Miasto zakończyły się 2 września. Pozostali przy życiu powstańcy ewakuowali się kanałami do Śródmieścia i na Żoliborz. Znajdująca się na miejscu ludność cywilna i ciężko ranni powstańcy zostali wymordowani. Po zdobyciu Starówki hitlerowcy rozpoczęli pacyfikację Powiśla i Czerniakowa. Pierwsza z dzielnic została ostatecznie opanowana 7 września, ostatni punkt oporu na Czerniakowie padł 23 września. Ciężar walk przeniósł się do Mokotowa, który skapitulował 27 września (część powstańców przedostała się do Śródmieścia). W ślad za nim, 30 września padł Żoliborz, gdzie od początku sierpnia powstańcy stawiali opór. Polacy bronili się jeszcze jedynie w środkowej części miasta. 1 października 1944 r. Komenda Główna AK podjęła z Niemcami rozmowy dotyczące zakończenia walk. W nocy z 2 na 3 października w Ożarowie Mazowieckim podpisano decyzję o zawieszeniu broni. 16 tys. osób - według szacunków tylu powstańców straciło życie w walkach o stolicę. Rannych zostało 25 tys., w tym 6,5 tys. ciężko rannych. 150-180 tys. - szacunkowo tyle ofiar cywilnych pochłonęło powstanie. Co najmniej 30 proc. osób, które poniosły śmierć podczas Powstania Warszawskiego, to ofiary egzekucji przeprowadzanych przez niemieckie formacje policyjne i wojskowe. Na masową skalę Niemcy oraz współpracujące z nimi formacje, takie jak np. SS-Dierlewanger, dokonywali mordów także na jeńcach wojennych. Największe nasilenie zbrodni na ludności cywilnej nastąpiło w okresie pierwszych dwóch tygodni sierpnia 1944 roku - w czasie obowiązywania rozkazu Hitlera o eksterminacji ludności Warszawy. Ci, co wydali pierwszy rozkaz do walki niech policzą teraz nasze trupy. Niech pójdą przez ulice których nie ma przez miasto którego nie ma niech liczą przez tygodnie przez miesiące niech liczą aż do śmierci nasze trupy. Niech liczą trupy, - wiersz Anny Świrszczyńskiej, uczestniczki Powstania Warszawskiego, sanitariuszki. Utwór z tomu "Budowałam barykadę" (1974). 12 ton popiołów podchodzących ze spalonych zwłok zamordowanych Polaków zebrano na Woli. W pierwszych dniach sierpnia oddziały SS i niemieckiej policji dokonały masakry ludności polskiej na Woli. Szczytowy punkt eksterminacji mieszkańców Woli miał miejsce w dniach 5-7 sierpnia 1944 roku. Rzeź Woli stanowiła realizację rozkazu Adolfa Hitlera, który nakazał zburzenie Warszawy i wymordowanie jej mieszkańców. Według różnych szacunków śmierć z rąk hitlerowców poniosło od 50 do 65 tys. mieszkańców warszawskiej dzielnicy. 10 tys. hitlerowców - tylu z nich według szacunków zginęło podczas tłumienia powstania. 72 proc. zabudowy mieszkalnej, 90 proc. zabytków - to skala zniszczeń Warszawy. Tuż po wybuchu powstania Hitler wydał nakaz zniszczenia Warszawy i wymordowania jej mieszkańców. Plan zrównania z ziemią stolicy realizowany był zarówno podczas trwania powstania, jak i po jego upadku. Podczas dwóch miesięcy walk zniszczeniu uległo 25 proc. zabudowy lewobrzeżnej Warszawy. Stare Miasto zostało niemal w 100 proc. zrównane z ziemią. Na początku września 1944 Niemcy dokonali również szeregu zniszczeń na terenie prawobrzeżnej Warszawy. Wycofując się z Pragi pod naciskiem Armii Czerwonej, wysadzili wszystkie mosty na Wiśle, jak również spalili lub wysadzili praskie dworce kolejowe. Oprócz ostrzałów artyleryjskich, zniszczenia spowodowane były też przez celowe podpalenia i wysadzenia dokonywane przez oddziały niemieckie. Po upadku powstania, mimo podpisanego "Układu o zaprzestaniu działań wojennych w Warszawie", Niemcy zdecydowali o dalszym niszczeniu stolicy. „To miasto ma całkowicie zniknąć z powierzchni ziemi i służyć jedynie jako punkt przeładunkowy dla transportu Wehrmachtu. Kamień na kamieniu nie powinien pozostać. Wszystkie budynki należy zburzyć aż do fundamentów. Pozostaną tylko urządzenia techniczne i budynki kolei żelaznych” - postanowiono 9 października 1944 roku w kwaterze polowej Himmlera w Prusach Wschodnich. Okres planowego niszczenia miasta zakończyła w styczniu 1945 roku ofensywa sowiecka. W okresie popowstaniowym na skutek systematycznego i planowego wyburzania zniszczeniu uległo ponad 30% zabudowy lewobrzeżnej Warszawy - to więcej niż uległo zniszczeniu w czasie dwóch miesięcy powstania. Przybliżona ilość gruzów pokrywających Warszawę w 1945 oszacowana została na 20 milionów metrów sześciennych. Łącznie zniszczonych zostało 72 proc. zabudowy mieszkalnej, 90 proc. zabudowy przemysłowej oraz 90 proc. obiektów zabytkowych, 100 proc. mostów. Około 200 tys. (około 140 tys. według innych szacunków) - tyle przesyłek dostarczyła poczta polowa w ciągu 63 dni powstania. Harcerską Pocztę Polową uruchomiono 6 sierpnia 1944 roku. Z biegiem kolejnych dni jej sieć pokryła całe miasto. Główny Urząd Pocztowy mieścił się przy ul. Świętokrzyskiej. Siedem innych zlokalizowanych było w różnych dzielnicach miasta. Łącznie na terenie objętej powstaniem stolicy skrzynki pocztowe rozlokowano w czterdziestu punktach. 6 września 1944 powstańczą Pocztę Harcerską wcielono do Armii Krajowej. Od tego czasu, aż do kapitulacji Powstania Warszawskiego, funkcjonowała pod nazwą Poczty Polowej. – Chłopcy szli w teren niosąc wiadomości. Rzadko były to wiadomości złe, bo jeżeli ktoś pisał, był to sygnał, że żyje, poszukuje i jest – wspominał naczelnik Szarych Szeregów Stanisław Broniewski. Miłość, niepokój i troska o bliskich biją z krótkich listów, depesz właściwie, znajdujących się w zbiorach Muzeum Powstania Warszawskiego. „Kochany synku! Jesteśmy na Kredytowej w suterenach. Jesteśmy cali i zdrowi. Czekamy na list od Ciebie. Całujemy. Matka”- przeczytać można w przesyłce z 10 sierpnia 1944 roku. „Kochany,Cały czas martwimy się o Ciebie od ostatniego listu. Mama Twoja zgubiła okulary, nie może pisać do Ciebie. Każe byś się pilnował, odżywiał i spał co Twoje. Cały czas płacze. Boi się o Ciebie. Jej brat Tolek zginął. Dziś się dowiedziała. Całujemy – to z kolei list z 11 sierpnia. Czytaj też:Jak dobrze znasz historię Powstania Warszawskiego? Sprawdź swoją wiedzę! Czytaj też:Dzieci w Powstaniu Warszawskim. Ich zaangażowanie w walkę miało różne formy Czytaj też:Hrabiowie na barykadach, czyli arystokraci w powstaniu warszawskim
Kategoria: Druga wojna światowa Data publikacji: W czasie Powstania Warszawskiego Niemcy użyli wielu typów tajnych, prototypowych i niezwykłych broni. Do niszczenia miasta używali najcięższego moździerza Karl-Gerät kaliber 600 mm, rakiet z napalmem oraz zdalnie sterowanych min „Goliath”. Do Warszawy przybyły oddziały przeznaczone do wysadzania i podpalania barykad, budynków i piwnic, a także saperzy rzeczni i saperzy-górnicy. Podczas walk o Starówkę Niemcy wezwali do Warszawy geologa, by kierował drążeniem podziemnego tunelu prowadzącego do piwnic Reduty Banku Polskiego. Tylko w pierwszych dniach Powstania Warszawskiego (1-4 sierpnia) powstańcze oddziały prowadziły działania ofensywne na większą skalę. Później Niemcy otrząsnęli się z zaskoczenia, sformowali oddziały przeznaczone do zdławienia Powstania i przystąpili do kontrnatarcia na dzielnice, w których powiewały biało-czerwone flagi. Ofensywie towarzyszyła rzeź ludności cywilnej i bezlitosne niszczenie miasta: podpalanie i wysadzanie budynków. Generał Erich von dem Bach wysłał do walki zgrupowanie bojowe będące zbieraniną różnych jednostek specjalnych, karnych i obcojęzycznych, oddziałów szkolnych i zapasowych. Największe nadzieje pokładał w jednostkach saperów, którzy – w czasie pięciu lat wojny – doskonale opanowali umiejętność niszczenia, wysadzania, podpalania, zawalania i burzenia. Niemcy sięgnęli także po nietypowe rozwiązania techniczne tzw. specjalne środki bojowe. Przeciwko powstańcom użyli broni, których nie mogli już stosować w konwencjonalnych walkach na froncie, bo od dłuższego czasu przegrywali i stale się cofali. Jednak po ocenie sytuacji i układu sił w Warszawie z arsenałów wyciągnięto sprzęt przydatny do szturmowania miast, niszczenia budynków i burzenia barykad. Do Warszawy wysłano prototypowe egzemplarze broni, która nie była do końca sprawdzona, ale – w Warszawie – mogła być z powodzeniem używana. Powód był oczywisty – powstańcy nie byli w stanie atakować, zatem nie było obawy, że przedrą się przez niemieckie linie i przejmą lub zniszczą te eksperymentalne i tajne egzemplarze broni. Powstańcy mieli zmierzyć się z przeciwnikiem górującym nad nimi niemal pod każdym względem, nie tylko mającym absolutną przewagę w uzbrojeniu, ale także liczniejszym i stosującym bezwzględne metody, włącznie z ludobójstwem. Jakby tego było mało, powstanie w Warszawie stało się wkrótce dla Niemców okazją do użycia w szerokim zakresie specjalnych środków bojowych, niektórych o zupełnie nieznanym, eksperymentalnym charakterze – czytamy w wydanej kilka dni temu książce „Dawid i goliat. Niemieckie specjalne środki bojowe w Powstaniu Warszawskim”. Uwaga idzie Goliat! Jedną z takich broni były goliaty, samobieżne zdalnie sterowane czołgi-miny, znane większości z nas, chociażby z filmów o Powstaniu Warszawskim. Były to, ważące około 370 kilogramów, niewielkie pojazdy na gąsienicach, sterowane zdalnie za pomocą kabla. Przenosiły w kadłubie ładunek około 100 kilogramów trotylu. Saperzy z Pionier-Sturm-Batallion 500 ustawiali taki czołg-minę przed swoimi liniami i, sterując za pomocą manipulatorów „przód-tył” i „prawo-lewo”, podjeżdżali w pobliże powstańczych barykad lub bronionych budynków. Sterujący pojazdem wciskał przycisk „Feuer”, po czym następowała potężna eksplozja, która niszczyła frontowe ściany budynków, otwierała przejścia w barykadach, a przede wszystkim ogłuszała i oślepiała obrońców. Wtedy do walki ruszały oddziały szturmowe, które zajmowały ruiny i przesuwały „linię frontu” o kilkaset metrów do przodu. Grycuk/CC BY-SA Replika miny samobieżnej Goliat w Muzeum Powstania Warszawskiego Powstańcy dość szybko poznali zasadę działania goliatów i wiedzieli, że można je unieruchomić przecinając kabel sterujący. Przy próbach zniszczenia goliatów i przerwania kabla zginęły dziesiątki powstańców i chociaż wiele min udało się unieruchomić, to inne dotarły do celu i eksplodowały, zadając obrońcom ogromne straty. Ze wspomnień powstańców wynika, że w wielu wypadkach zdobycie ważnego budynku było możliwe, tylko po użyciu goliatów. Około nastąpił potężny wybuch, bardzo blisko mnie. To „Goliat” doszedł, celowali w bramę. Ta była zamknięta, wzmocniona od środka, podparta workami z piaskiem. Celowali w bramę, żeby tamtędy się dostać do wnętrza całego bloku. Ale nie trafili. „Goliat” wybuchł po przeciwnej stronie bramy, w odległości kilku metrów od ściany. Cały budynek zjechał od góry do dołu i zaczął się palić. Po krótkim czasie Niemcy puścili drugiego „Goliata”, a potem trzeciego, który niestety dotarł do bramy, wybuchł, rozniósł całą bramę. Potem od razu poszedł atak i Niemcy wdarli się do bramy z karabinem maszynowym – wspominał Janusz Biesialski „Poraj”, jeden z obrońców Reduty Wawelskiej na Ochocie, gdzie powstańcy, jako pierwsi w Warszawie, zapoznali się z niszczycielską siłą tych małych pojazdów. Zobacz również:Dajcie nam lepszy czołg, czyli „Pershing” kontra „Pantera”Skala niemieckiego okrucieństwa była niewyobrażalna. W raporty rtm. Pileckiego nie uwierzył nawet Stefan „Grot” Rowecki!„Zamelduj, że rozkaz wykonałem” – jak Witold Pilecki trafił do Auschwitz Tragedia na ul. Kilińskiego Oprócz goliatów Niemcy mieli w swoim arsenale także większe pojazdy saperskie, przypominające małe czołgi. Były to wozy Borgward B IV, w terminologii niemieckiej „ciężkie nosiciele ładunków wybuchowych”. Te piekielnie groźne maszyny doskonale nadawały się do walki ze słabo uzbrojonym przeciwnikiem. Powstańcy wobec „Borgwardów” byli właściwie bezsilni. Dodatkowo AK-owski wywiad nie rozpoznał w porę zasady działania tych pojazdów, więc powstańcy nie wiedzieli, jak je zwalczać. „Borgwardy” działały trochę inaczej niż goliaty. Podjeżdżały do pozycji powstańczych i zrzucały przed nimi skrzynie z ładunkiem wybuchowym. Wtedy pojazd-nosiciel, którym sterowano za pomocą radia, zawracał w kierunku pozycji niemieckich i mógł na tyłach załadować kolejną minę. Zrzucony w pobliżu stanowisk powstańczych ładunek odpalano za pomocą impulsu radiowego lub zapalnika czasowego. Właśnie taki pojazd spowodował jedną z największych tragedii Powstania, gdy 13 sierpnia 1944 wybuchł na ul. Kilińskiego 1. W eksplozji zginęło około 300 ludzi, zarówno powstańców, jak i cywilów, a całe zdarzenie zostało uznane przez warszawiaków za perfidną operację niemiecką, która polegała na podrzuceniu powstańcom „czołgu nafaszerowanego trotylem”. Z relacji i wspomnień powstańców oraz z analizy przebiegu zdarzeń wyłania się jednak inny scenariusz. Tomaszewski Resztki czołgu Borgward B IV, który eksplodował przy ulicy Kilińskiego, dnia 13 sierpnia 1944 o godzinie 18:07 Na barykadzie przy ul. Podwale powstańcy unieruchomili pojazd opancerzony. Uznali go za mały czołg. Postanowili przeciągnąć go na swoją stronę i użyć przeciwko Niemcom. Nie rozpoznali jego przeznaczenia, nie zauważyli, że nie ma wieży, lufy, ani nawet karabinu maszynowego. Frontowy wywiad i wyobraźnia żołnierzy polskich wyraźnie przy tej okazji kulały, a radość z odniesionego sukcesu przyćmiła zdrowy rozsądek. Nie czekając na saperów, którzy mieli zbadać pojazd, młodzi żołnierze uruchomili go i wjechali w głąb powstańczych pozycji. Pojazd odbywał triumfalny przejazd ulicami Starówki. W pewnym momencie z przodu pojazdu spadła „dziwna skrzynia”, którą usiłowano zamontować z powrotem. To się jednak nie udało, mechanizm zegarowy został przy tej okazji uruchomiony i po chwili nastąpiła potworna eksplozja, która rozerwała „Borgwarda” i zabiła dziesiątki rozradowanych ludzi otaczających zdobyty „czołg”. Szczątki rozerwanych eksplozją znajdowano nawet na dachach okolicznych budynków, a do powstańczych szpitali trafiły dziesiątki ciężko rannych. Walczący w Powstaniu Warszawskim młody poeta Tadeusz Gajcy, wstrząśnięty informacjami o eksplozji na ul. Kilińskiego napisał makabryczny wiersz o tym wydarzeniu: Wszyscy święci, hej, do stołu! / W niebie uczta: polskie flaczki / wprost z rynsztoków Kilińskiego! / Salcesonów misa pełna / Świeże, chrupkie / Pachną trupkiem / Świeże, chrupkie / Pachną trupkiem: To z Przedmurza! / Do godów, święci, do godów, / Przegryźcie Chrystusem Narodów! Ta tragedia wiele nauczyła powstańców i do podobnych tragedii więcej nie doszło, jednak „Borgwardy” działały w Warszawie prawie do końca Powstania i zadały powstańcom wielkie straty. Jednak z powstańczych wspomnień wynika, że jeżdżące na gąsienicach niemieckie machiny zniszczenia: „Goliath” i „Borgward”, nie napawały powstańców takim strachem jak wyrzutnie pocisków rakietowych znane jako „krowy” lub „szafy”. Krowa ryczy! Nie stać w bramie! Najpierw słychać wyraźnie jakby dalekie ryczenie krowy, jakieś przeraźliwe skrzypienie, trzy, cztery, pięć razy. Potem jest kilka sekund ciszy i następuje seria wybuchów. Oszalały podmuch trzęsie wszystkim, co napotyka na swojej drodze. Wszystko znika w tumanach gęstego gryzącego dymu i kurzu – wspominał Tadeusz Dzierżykray-Rogalski, pseudonim Mściwój, walczący na Mokotowie. Tak działały i takie dźwięki wydawały niemieckie wyrzutnie rakietowe Wurfrahmen 40, broń o bardzo prostej konstrukcji. Narzędziem zniszczenia były w tym wypadku pociski z napędem rakietowym o kalibrze 280/320 mm i zasięgu do 2200 metrów. Wyrzutniami rakiet były drewniane lub metalowe skrzynie zawieszane na burtach pojazdów lub po prostu ustawiane na ziemi i kierowane w stronę przeciwnika. W czasie Powstania Warszawskiego używała ich 210. Ciężka Bateria Miotaczy Min, która dysponowała pociskami odłamkowo-burzącymi i zapalającymi. Działanie jednych i drugich było straszliwe. W okolicach miejsca wybuchu pocisku burzącego powstawały gwałtowne zmiany ciśnienia, które powodowały u ludzi pękanie pęcherzyków płucnych i naczyń krwionośnych, co wywoływało natychmiastową śmierć. Na ciele ofiar nie powstawały przy tym ślady obrażeń. Ostrzał Warszawy podczas powstania w 1944 roku Jeszcze bardziej niszczycielskie działanie miały rakiety z ładunkiem zapalającym – w momencie wybuchu takiego pocisku umieszczona w nim mieszanina oleju napędowego i benzyny, tzw. Flammol, rozpryskiwała się na dużą odległość, oblepiając wszystko płonącą substancją, którą trudno było ugasić. („Flammol” działał podobnie jak napalm użyty później przez Amerykanów w Wietnamie – przyp. red.) Znajdujący się w strefie oddziaływania pocisku z „szafy” ginęli w strasznych męczarniach lub odnosili trudno gojące się rany – oparzenia całej powierzchni ciała. Lekarze z powstańczych szpitali byli w takich sytuacjach bezradni i mogli tylko podawać rannym morfinę (jeżeli była jeszcze dostępna), usuwać zwęglone kawałki skóry i chłodzić oparzenia wodą, której w walczącej Warszawie także stale brakowało. Z archiwalnych zdjęć z okresu Powstania wynika, że Niemcy użyli ogromnych ilości pocisków rakietowych, o czym świadczą wielkie składowiska pustych skrzyń leżące w rejonie skrzyżowania ulic Żelaznej i Żytniej, skąd „krowy” ostrzeliwały miasto. Karl-Gerät i Sturmtiger Najcięższą bronią, jaką Niemcy użyli w Warszawie, był samobieżny moździerz Karl-Gerät kalibru 600 mm. Projekt jego budowy powstał jeszcze przed wojną, bo Wehrmacht przewidywał, że taka broń będzie potrzebna do zdobycia potężnych umocnień francuskiej Linii Maginota. Zaplanowano więc budowę ciężkiego moździerza, mogącego się poruszać na własnych gąsienicach z maksymalną prędkością 10 km na godzinę. Do transportu na większe odległości używano specjalnych wagonów kolejowych o dużym udźwigu. Ważący 124 tony i obsługiwany przez 22 żołnierzy moździerz o nazwie własnej „Ziu” przybył do Warszawy 17 sierpnia rano. Następnego dnia dotarł transport wiozący amunicję, a już 19 sierpnia z monstrualnej lufy wystrzelono na Warszawę pierwsze pociski. Karl-Gerät strzelał ciężkimi pociskami Betongranate 040 o masie 2170 kg lub „lżejszymi” leichte Betongranate o masie 1700 kg na odległość około 4 km. W Warszawie taki zasięg zupełnie wystarczał… Stanowisko bojowe dla moździerza urządzono w Parku Sowińskiego na Woli, a jako cel wyznaczono mu Stare Miasto i Śródmieście Północne. publiczna Ważący 124 tony i obsługiwany przez 22 żołnierzy moździerz o nazwie własnej „Ziu” przybył do Warszawy 17 sierpnia rano. Okazało się, że pociski zaprojektowane do niszczenia betonowych bunkrów i schronów niezbyt sprawdzały się w Warszawie. Przebijały bowiem dachy i mury kamienic, ale nie wybuchały. 18 sierpnia pocisk z moździerza przebił się przez ściany budynków nr 14, 12 i 10 na ul. Moniuszki i wylądował w piwnicy słynnego lokalu rozrywkowego „Adria”. Tam odnaleźli go polscy saperzy i – po rozbrojeniu – wykorzystali materiał wybuchowy do produkcji powstańczych granatów. Z pocisku wydobyto 250 kg trotylu, co wystarczyło do wyprodukowania 25 tysięcy grantów woreczkowych. Powstańcy nazywali pociski z moździerza Karl-Gerät „kuferkami”, gdyż leciały w kierunku celu dość wolno i przypominały latający kufer. Jak twierdzą autorzy książki „Dawid i goliat”, 7 września dotarł do Warszawy także drugi moździerz oblężniczy tego samego typu co „Ziu” o nazwie własnej „Baldur” i także on włączył się do ostrzału miasta. Dzieła zniszczenia dokonywanego przez niemieckie bombowce, wyrzutnie rakietowe i moździerze oblężnicze dopełniał jeszcze jeden typ broni, wysłany do Warszawy przez teoretyka walki pancernej gen. Heinza Guderiana. By wesprzeć radzące sobie kiepsko oddziały pacyfikacyjne zdecydował o skierowaniu do „walki” wchodzących wtedy do produkcji rakietowych moździerzy samobieżnych zwanych Sturmmorser Tiger. Potocznie nazywano je SturmTiger, gdyż osadzano je na podwoziach typowych czołgów Tygrys. SturmTigery strzelały pociskami rakietowymi kaliber 38 cm o masie 380 kg. Wiadomo o użyciu w Warszawie dwóch pojazdów tego typu, należących do 1000. kompani moździerzy szturmowych. publiczna Budynek Prudential trafiony 2-tonowym pociskiem moździerzowym Mörser Karl Mikrokompanią dowodził w Warszawie kapitan Franz Kodar. Zastosowanie Sturmtigerów znajduje potwierdzenie w niemieckich meldunkach i wspomnieniach powstańców, ale zachował się też film, pokazujący jak prowadzą ostrzał reduty PWPW z pozycji w parku Traugutta. Co ciekawe, pojazdy te były w sierpniu 1944 roku bronią prototypową i ich nadbudówki były wykonane z żeliwa. Z tego względu nie mogły być oczywiście wysłane na front. Jednak można je było wykorzystać w Warszawie do bezkarnego ostrzeliwania miasta, które Niemcy obracali w ruinę… Tajfun w kanałach Ściśle tajną i nieznaną do niedawna bronią był Tajfun-Gerät, używany przez niemieckich saperów do niszczenia piwnic, a przede wszystkim do wysadzania podziemnych kolektorów kanalizacyjnych, które powstańcy wykorzystywali do skrytego przechodzenia z dzielnicy do dzielnicy. Już w czasie powstania w 1943 r. w getcie Niemcy zauważyli, że walczący Żydzi ukrywają się i uciekają z getta kanałami. Żołnierze niemieccy nie chcieli osobiście wchodzić do kanałów, bali się walki w kanałach, więc by im tego oszczędzić, opracowano wiele metod niszczenia „komunikacji kanałowej”. Saperzy wpuszczali do kanałów gaz, spiętrzali wodę i ścieki, blokowali przejścia, zawalali studzienki wyjściowe, zakładali pułapki z min i granatów. By dzieło zniszczenia prowadzić dokładniej i z lepszym skutkiem, inżynierowie Hitlera opracowali specjalną broń, przydatną w takich właśnie sytuacjach. Po wybuchu Powstania Warszawskiego, gdy Niemcy zorientowali się, że pod ich liniami odbywają się podziemne „przemarsze” oddziałów powstańczych, zdecydowali się użyć jej w Warszawie. Tajfun-Gerät, bo tak się nazywała ta „niepozorna” broń, składał się z metalowych butli zawierających sprężony pył węglowy i tlen oraz rur, którymi pompowano te gazy. Mieszaninę pyłu węglowego i tlenu wtłaczano rurami do piwnic lub kanałów i – gdy lotna mieszanka wypełniła wolne przestrzenie – inicjowano wybuch. Eksplozje pyłu w piwnicach powodowały walenie się całych budynków, a w przypadku wpuszczenia gazu do kanalizacji, eksplozja zabijała wszystkich znajdujących się pod ziemią w promieniu kilkuset metrów. W Warszawie zaobserwowano po jednym z takich wybuchów wypiętrzenie się bruku na ulicy na długości kilkuset metrów. Trudno sobie wyobrazić, co działo się z ludźmi, którzy zostali poddani działaniu tej broni w kanałach. Niemcy użyli go (tajfunu) pierwszy w czasie Powstania Warszawskiego na naszym odcinku, gdzie przebili się od strony getta, zrobili dziury do piwnicy pod Przejazd nr 3, wypełnili piwnicę pyłem i spowodowali eksplozję. Wtedy zginęło 30-40 powstańców w gruzach – wspominał Bohdan Hryniewicz, pseudonim Bohdan z Batalionu „Nałęcz”. Wspomniany wcześniej w artykule poeta – Tadeusz Gajcy – zginął w Powstaniu w budynku przy ul. Przejazd nr 1, prawdopodobnie w wyniku użycia przez Niemców Tajfun-Gerät. Pociąg pancerny, okręt wojenny i saperzy z wiertłami Niemcy użyli w Warszawie także pociągu pancernego „Panzerzüg 75”, który jeździł po obwodowej linii kolejowej i wkraczał do akcji na kluczowych odcinkach, prowadząc ostrzał oddziałów powstańczych. Pociąg pancerny powstrzymał ataki powstańcze na Dworzec Gdański, którego zdobycie miało umożliwić połączenie, broniącej się ostatkiem sił, Starówki z Żoliborzem. W szturmach na dworzec zginęły setki żołnierzy AK, z oddziałów partyzanckich przybyłych z Kampinosu. Z kolei na Wiśle operowała uzbrojona w działa jednostka pływająca, którą był kuter patrolowy wydobyty przez Niemców z Wisły w 1939 roku. (Był to zatopiony przez polskich marynarzy kuter rzeczny „Nieuchwytny” przyp. red). Po wyremontowaniu go przez Niemców otrzymał nazwę Pionier, a w czasie Powstania ostrzeliwał miasto pływając po Wiśle i nękając powstańców na Starym Mieście i Powiślu. Na Wiśle działali też niemieccy saperzy rzeczni, których zadaniem było blokowanie wylotów kanałów uchodzących do rzeki. Ostatnie sceny filmu Andrzeja Wajdy „Kanał” nie są wymysłem reżysera. Niemcy zadbali o to, by powstańcy, którzy już dostali się do kanałów, nie mogli się z nich wydostać. U wylotu kolektorów do rzeki saperzy montowali więc kraty, zapory i barykady, często zabezpieczone granatami, minami i ładunkami wybuchowymi. W czasie Powstania Warszawskiego obie strony walczące prowadziły typową podziemną wojnę minerską, przypominającą zmagania z okresu I wojny światowej, czy średniowieczne metody zdobywania zamków. Wykonywano podkopy i tunele, by podłożyć tam ładunki wybuchowe i zniszczyć obrońców lub wedrzeć się do budynków. W przypadku oddziałów powstańczych tej metody z dobrym skutkiem użyto np. podczas zdobywania budynku Pasty. Z kolei Niemcy długo nie byli w stanie zdobyć, trzymanej twardo przez powstańców Zgrupowania „Sosna”, reduty Banku Polskiego przy ul Bielańskiej na Starym Mieście. Gdy okazało się, że nie powiodły się szturmy na ten bastion, a użycie sprzętu typu Tajfun-Gerät wykluczono ze względu na odległość, postanowiono przeprowadzić akcję o kryptonimie „Sauna”. Z najbliższego budynku rozpoczęto drążenie tunelu o średnicy 1,2×1 m na głębokości 5 metrów poniżej ulicy. Podkop miał mieć długość 21 metrów. Po przebiciu się do piwnic banku Niemcy planowali podłożyć tam potrójną minę o łącznej wadze 1,5 tony trotylu lub wtłoczyć do budynku pył węglowy. publiczna Stare Miasto po Powstaniu Warszawskim. Widok na Kanonię i Rynek Do drążenia tunelu wysłano pluton wiertniczo-minerski, który miał użyć specjalnych maszyn wiertniczych. Saperów wyspecjalizowanych w tego typu działaniach sprowadzono z Offenbach nad Menem. Do Warszawy przybył z frontu prof. Hahne z sekcji geologii wojskowej 9. Armii, który przeprowadził ekspertyzę geologiczną gruntów pod Warszawą. Ocenił on, że w piasku i żwirze nie będzie można wiercić i zbudować szybu bezpiecznego od zalewania wodami podziemnymi. Ostatecznie płytki tunel częściowo wydrążono. Nie było potrzeby jego dokończenia, bo 2 września Niemcy zajęli redutę Banku Polskiego po wycofaniu się powstańców do Śródmieścia. Do celu brakowało im jeszcze 3 metrów. W tym wypadku ich trud poszedł na marne, a mury Reduty Banku Polskiego są jednym z obiektów z okresu Powstania zachowanym do dzisiaj. Bibliografia: N. Bączyk, G. Jasiński, Dawid kontra Goliat. Niemieckie specjalne środki bojowe w Powstaniu Warszawskim, Instytut im. Witolda Pileckiego, Warszawa 2020 N. Bączyk, Panzertruppen a Powstanie Warszawskie, Pegaz-Bis, Warszawa 2013 Ł. Mieszkowski, Tajemnicza rana. Mit czołgu-pułapki w powstaniu warszawskim. 2014 Z. Czarnotta, Z. Moszumański, Artyleria rakietowa Wehrmachtu, Lampart, Warszawa 1995 Zobacz również
Między 5 a 7 sierpnia 1944 r. na ulicach, w podwórzach, domach, fabrykach i szpitalach Woli doszło do bezprzykładnej w dziejach II wojny światowej, zorganizowanej masakry ludności cywilnej. Akcja wyniszczania miasta była odpowiedzią na wybuch Powstania Warszawskiego, ale jej przyczyny tkwią w ideologii niemieckiego nazizmu. Wieczorem 1 sierpnia 1944 r. wieść o wybuchu powstania w Warszawie dotarła do Berlina. O tym wydarzeniu poinformował Hitlera Reichsfhrer SS Heinrich Himmler: "Powiedziałem: Mein Fhrer, moment jest niesympatyczny. Z punktu widzenia historycznego jest jednak błogosławieństwem, że ci Polacy to robią. W ciągu pięciu-sześciu tygodni pokonamy ich. Ale wtedy Warszawa - stolica, głowa, inteligencja tego niegdyś szesnasto-, siedemnastomilionowego narodu Polaków - będzie starta. Tego narodu, którzy od siedmiuset lat blokuje nam Wschód i od pierwszej bitwy pod Tannenbergiem ciągle nam staje na drodze. Wtedy polski problem dla naszych dzieci i dla wszystkich, którzy po nas przyjdą, a nawet już dla nas - nie będzie dłużej żadnym wielkim problemem historycznym". Konsekwencją rozmowy między Hitlerem a Himmlerem był wydany jeszcze tego samego dnia jednoznaczny rozkaz: "Każdego mieszkańca należy zabić, nie wolno brać żadnych jeńców, Warszawa ma być zrównana z ziemią i w ten sposób ma być stworzony zastraszający przykład dla całej Europy". W myśleniu Reichsfhrera SS splotło się kilka kluczowych wątków obecnych w propagandzie narodowosocjalistycznej. Polska traktowana była jako przeszkoda w realizacji idei zdobycia przestrzeni życiowej na wschodzie. Ważnym celem Niemców byli Polacy rozsiani na Śląsku i w tzw. Kraju Warty. Zniemczenie tych obszarów miało poprzedzić pełną germanizację Generalnego Gubernatorstwa. Lokalne działania machiny niemieckiego terroru, takie jak masowe mordy i wysiedlenia Polaków z Pomorza Gdańskiego czy Zamojszczyzny, mogą być traktowane jako przykład realizacji tych idei oraz zapewnienia sobie trwałego panowania na Wschodzie. Jak zauważał twórca pojęcia ludobójstwa Rafał Lemkin, dążeniem niemieckiego narodowego socjalizmu było zdobycie "przewagi biologicznej", która oznaczałaby zwycięstwo, nawet w wypadku klęski w toczonej właśnie wojnie. Tym samym konflikt stawał się wojną totalną, w której jednym z głównych środków mogły być masowe zbrodnie ludobójstwa. W trakcie II wojny światowej Niemcy oraz ich sojusznicy popełnili wiele zbrodni, które stały się symbolem brutalności reżimu narodowosocjalistycznego. Do najbardziej znanych należą te popełnione w niewielkich miasteczkach - czeskich Lidicach i francuskim Oradour-Sur-Glane. 10 czerwca 1942 r. w ramach represji po zamachu na protektora Czech i Moraw Reinharda Heydricha Niemcy wymordowali dwustu mężczyzn i wywieźli do obozu koncentracyjnego dzieci oraz kobiety zamieszkujące wieś. Dokładnie dwa lata później podobna zbrodnia powtórzyła się w Oradour-Sur-Glane. 10 czerwca 1944 r. esesmani z dywizji Das Reich zamordowali 642 osoby. Mężczyzn rozstrzelano, kobiety i dzieci natomiast zamknięto w kościele i spalono żywcem. Niemcy przeprowadzili operację kilka dni po wylądowaniu wojsk alianckich w Normandii, by zastraszyć mieszkańców tych terenów, oraz w ramach represji za zabicie przez francuski ruch oporu oficera SS. W latach 1939-1945 los Lidic i Oradour-Sur-Glane podzieliło wiele miejscowości w całej Europie. W okupowanej Polsce spacyfikowanych zostało około 230 wsi. W blisko 900 wsiach doszło do zbrodni, w których zamordowano od kilku do kilkuset mieszkańców. Setki innych padło ofiarą ludobójstwa zorganizowanego przez ukraińskich nacjonalistów. Mordów dokonywały również oddziały Armii Czerwonej i NKWD. Jednak żadna z masowych zbrodni ludobójstwa w okupowanych miastach Europy nie może być pod względem skali porównana z wydarzeniami, które do historii przeszły jako Rzeź Woli. Jak zauważył Piotr Gursztyn w wydanych przez Instytut Pileckiego "Zapisach terroru", określenie "rzeź" może być mylące dla osób pragnących zrozumieć charakter tych wydarzeń. "Słowo +rzeź+ sugeruje eksplozję spontanicznej, niekontrolowanej przemocy. Nic takiego nie miało miejsca na Woli. Mieszkańcy byli wypędzani ze swych domów, ulica po ulicy. Bez szczególnego pośpiechu. Potem byli gromadzeni w miejscach zdatnych do rozstrzelania, a następnie zabijani z broni maszynowej. Oprawcy starali się dobić z broni krótkiej tych, co przeżyli. Po wymordowaniu ludzi z jednej okolicy, przesuwali się dalej i tam mordowali" - pisze Gursztyn. Przedwojenna Wola była dzielnicą o bardzo zróżnicowanej zabudowie. Wysokie kamienice czynszowe sąsiadowały z parterowymi lub piętrowymi drewniakami, które stanowiły pamiątkę po dawnym, przedprzemysłowym i podmiejskim okresie dziejów tego rewiru miasta. Domy te zamieszkiwała stosunkowo uboga ludność robotnicza zatrudniona w licznych fabrykach, które dominowały w krajobrazie dzielnicy. Zatrudnieni w nich pracownicy mieli bogate doświadczenia walki z władzą. Zasilali szeregi rewolucjonistów 1905 r., uczestniczyli w strajkach robotniczych międzywojnia, pod okupacją niemiecką prowadzili liczne akcje sabotujące produkcję na rzecz machiny wojennej III Rzeszy. W latach 1939-1943 w dzielnicy doszło do wielu egzekucji mających być karą za kradzieże produktów wytwarzanych w miejscowych fabrykach lub włamania do niemieckich pociągów towarowych. W miejscach ulicznych kaźni mieszkańcy Woli ryzykując życie, składali kwiaty i zapalali świece. Byli także naocznymi świadkami dramatu warszawskiego getta. Udzielali pomocy w nim przebywającym, przekazując żywność wykradającym się Żydom lub dając im schronienie. "Skończą z nimi, wezmą się za nas" - usłyszał od swojej babci jeden z młodych mieszkańców Woli, gdy wiosną 1943 r. niedaleko płonęło getto.
7 metrów pod ziemią powstanie warszawskie